„— Ot, taaka ryba! taaka, jak to się mówi!
Sądząc po rozwartych ramionach Tecia, ryba wyglądała co najmniej jak człowiek. Tak, wielkości człowieka (może blondyna) był ten sum czy karp, na którego bibliofil wskazywał.
— No i wiiry! — dodał.
Wysoce aluzyjny jegomość, pomyślał Leon. Uczucie instynktownego obrzydzenia powoli w Leonie zanikałoPrzysłoniło je uczucie nowe i całkiem mu jeszcze nie znane. Zresztą, nie! być może przypominało ono to, co czuł kiedyś stojąc przed ruletą w Sopocie. Było to już dobrych kilka lat temu, gdy spędzał wakacje nad Bałtykiem i któregoś dnia autobusem wybrał się do sopockiego domu gry. Kasyno. Kurhaus. Miał z sobą bardzo nikłą kwotę, zaledwie kilkanaście złotych, które w końcu przegrał oczywiście... przegrał jednak po zażartej walce, trwającej parę godzin — bowiem szczęście mu nieraz sprzyjało... sprzyjało, uśmiechało się sztonami i guldenami, aż — odwróciło się tyłem. Ale nie to w tym wszystkim było ważne. Zaiście dziwne! pomyślał. Kapitan Wieczorkiewicz najwidoczniej na czymś się dobrze wyznawał. Teek... owi młodzi szlachcice, o których wspominał, że dorwawszy się do sakiewki ojczulka, jeździli szukać wstrząsów w Monte Carlo!... Młodzi Anglicy natomiast, cha! w afrykańskiej dżungli, wdrapując się na porosłe przygodami i pasożytami pnie tropikalnych drzew lub robiąc karkołomną wspinaczkę na jakieś urwisko (urwisko duchowe — ba, ma się rozumieć), natomiast tacy absolwenci Eaton lub Cambridge polowali tam na... na jakąś rzadką odmianę storczyków... Storczyk a storczyk, dodał kapitan, storczyki bywają różne... Różnych kolorów...“(2)